Articles: Prace gospodarskie,polowe (żniwa, wykopki, sianokosy, orka) zabawy, hulanki - jak to kiedyś było.
81. Jak to z wykopkami w Gminie Królowa Niwa bywało.
obraz: Piotr WARCHOŁ Kiedyś nie było kopaczek mechanicznych tylko motyka. Ziemniaki kopano długo. Po kilka rzędów dziennie. Dnie od września do listopada były krótsze i coraz krótsze. Praca była ciężka, należało się spieszyć, bo zbliżała się zima. Jeszcze jak ziemia była sypka to była lżej. Natomiast przy glebie gliniastej a czasem zamarzniętej, kopacze byli bardzo zmęczeni. Mądrość dziadów była wielka. Wiedzieli, że praca w grupie była lżejsza. Zatem ziemniaki kopano gromadnie. Sąsiedzi zbierali się razem i kolejno, gospodarstwo po gospodarstwie, kopali ziemniaki.Rano, na środku pola, ustawiano wóz, czasem “u grubszych” gospodarzy – dwa wozy. Wozy ciągnięte były przez woły lub konie.Każdy uczestnik wykopek brał jeden rządek. W rzędzie poprzednim stawiał wiklinowy koszyk. Co kilka kopnięć motyką należało koszyk przestawić do przodu. I tak kopało ziemniaki kilka a nawet kilkanaście osób, jedna za druga, jedna za druga.Pełne koszyki ziemniaków odnoszono i wysypywano na wóz. Młodzież i dzieci w chwilach odpoczynku nosiły chrust. Palono ogniska, czasem jedno. W ognisku pieczono wykopane ziemniaki. Upieczone ziemniaki - to dopiero była uczta. Ciężka praca i zmęczenie nie przeszkadzało w wesołości. Żarty, śmiech i radość życia towarzyszyły pracującym. Od czasu do czasu robiono przerwy, siadano wokół ogniska, jedzono ziemniaki i śpiewano. Śpiewano piosenki, przyśpiewki, a te dodawały sił do dalszej pracy. Wieczorem wóz z ziemniakami zwożono z pola. Młodzieńcy zrzucali ziemniaki do piwnicy lub kopca. Cześć ziemniaków zawsze kopcowano. Dziewczęta tymczasem piekły placki ziemniaczane. Placki pieczone były na płycie kuchennej, oczywiście bez tłuszczu. Dzisiaj takich placków się nie robi. Ależ te placki smakowały. Na zakończenie kopania ziemniaków robiono potańcówkę przy harmonijce ustnej, grzebieniu, harmonii lub skrzypkach; w zależności od tego, jaki instrument był dostępny. Oczywiście tańczono na klepisku, boso, śmiano się i śpiewano. Wszyscy wtedy byli bardzo rozśpiewani: i młodzi i starsi i najmłodsi. Znali wiele pieśni, piosenek i przyśpiewek. Cała wieczorna impreza odbywała się przy blasku lampy naftowej. Fotografie z Krzeska i okolicy.

83. Jak to z "gorzałką " w Krzesku i okolicach bywało...
Sklep z wódką w 1891 roku (fot. Thomas Stevens / Wikimedia.org / http://bit.ly/1x8sl8L) Według autora „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera Ignacy Krasicki twierdzi, że gorzałkę w jego czasach zwano likworem. Sprowadzano wódki włoskie, francuskie, gdańskie, araki, rumy itp. Rodzima domowa wytwórczość była nie mniej bogata. Wspomniany Gloger wymienia: „szumówkę i od zapraw różne inne”, jak korzenna, alkiermesowa, cynamonka, karolkowi, czyli popularna do dzisiaj kminkówka, persyko (pestkówka), piołunówka, anyżówka, białomorwówka, goĽdzikówka, cytwarowa, kordybanowa, na tatarak nalewana i na konwalię. Na początku XIX wieku karczma odgrywała ważną rolę w życiu wsi. Józef Ignacy Kraszewski podkreślał jej znaczenie pisząc: „Gdzież jest wieś bez karczmy? Byłoby to stworzenie bez głowy. Karczma bowiem jest miejscem schadzki, rady i wesela, w niej się wszystko nawiązuje i zawiązuje, w niej żal jeden drugiemu wylewa, w niej się kłócą i biją i swarzają, i godzą – i kochają! Karczma to serce wsi”. Karczmy jako budynki pełniły funkcję wyszynku. Były miejscem spotkań i zabaw miejscowej ludności oraz domem zajezdnym przeznaczonym dla podróżnych. Anegdotyczną teorię na temat słowa „gorzałka” podaje Gloger: Pewny człowiek, Ka zwany, doszedł sekretu palenia gorzałki; po tym przez zbyteczne jej zażywanie zajęła się w nim gorzałka, tak że zgorzał, a stąd (zgorzał Ka) gorzałka ma swoje nazwisko. „Gorzałkę” – robi się ze słodu surowego lub rozczynionego, sposób pędzenia onej wszystkim jest wiadomy. Zaprawia się anyżem, zielem tatarskim, rozmarynem, korzeniami i cukrem. Większa część żyta w kraju naszym idzie na gorzałkę, albowiem na Rusi, Wołyniu, Litwie i Ukrainie przez całą jesień i zimę garnce gorzałczane palą się. Potem tę gorzałkę kufami wielkimi przewożą i sprzedają po wielkich miastach. Inne wyrazy bliskoznaczne do słowa "gorzałka": gorzała, okowita, starka, woda ognista, wóda, wódka, wódzia, wódeczka, alkohol, berbelucha, butelczyna, czysta, czyściocha, ćwiartka, połówka, monopolka, monopolowa, retrowódka, siwucha, sznaps, połówka, trunek, vistula. księżycówka, samogon czy bimber. To samo znaczenie i pochodzenie ma ukraiński wyraz horyłka, podobnie jak mniej popularne polskie odpowiedniki słowa gorzałka, czyli przepalanka lub palanka. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, rzeczownik ten wcale nie ma związku z gorzkim smakiem wódki. Słowo gorzałka pochodzi od czasownika gorzeć (gorać), czyli płonąć, palić się. I nie chodzi tu bynajmniej o palący smak, lecz o sposób wytwarzania wódki, polegający na paleniu na ogniu. Leczono gorzałką – powiedzmy, że wszystko -wszelkie niestrawności żołądka, bóle głowy, kamienie nerkowe i stany gorączkowe a na przeziębienie tłuczony owoc jałowca w gorzałce, która zresztą i w innych dolegliwościach, bywała niezastąpiona. „Gorzałka” pomiernie zażywana, niestrawność w żołądku tłumi i rozgrzewa go; z owsa pędzona służy na kamień. Trzymając gorzałkę w ustach, pomaga na katar, smarując nią piersi spazmy i chrypotę rozpędza, stłuczenia i uderzenia goi, warzona z pokrzywą świeżą, służy od spuchliny. Znany frazes mówi: „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. U schyłku Rzeczpospolitej szlacheckiej dzień w dzień urządzano wystawne uczty, a piło się wtedy tyle, że wielu skacowanych szlachciców… mogło w ogóle nie zauważyć rozbiorów. Jest takie powiedzenie „Nie ma lepszego leku, jak gorzałka po mleku!” Ponieważ nadmiar używania napojów wyskokowych wywiera wielki wpływ na życie kulturalne, moralne i gospodarcze ludności, należy więc rzucić okiem i na tą stronę bytowania Krzeska. Od dawnych czasów kiedy Krzesk powstawał (przed 1409 rokiem) nie możemy wiele powiedzieć. Można się tylko domyślać, że miedzy chłopami, a ściślej mówiąc między kmieciami i dziedzicami jak to nazywano wtenczas przodków naszych pradziadów, chyba pijaństwa nie było wcale, albo tylko bardzo wyjątkowych sytuacjach, bo jak wiadomo, kartofli z których dziś głównie pędzą gorzałkę wtenczas u nas w kraju nie znano. Wina z owoców też nie wyrabiano. Bogata szlachta przywoziła je z Węgier. Jako miejscowego pochodzenia napojem alkoholowym mógł być tylko miód sycony, którym się obficie raczył sienkiewiczowski Zagłoba. Nie mógł być to jednak napój, którego uboższy wieśniak łatwo by mógł nabyć czy samemu wyprodukować, Chłopskim napojem mogło być tylko zwykłe chmielowe piwo własnej domowej roboty . Taki trunek chyba nie mógł wywierać wyraĽnego t.j. zauważalnego wpływu na stosunki w rozwoju życia gospodarczego i kulturalnego. Zmiany przyszły prawdopodobnie z chwilą złych zwyczajów pańszczyĽnianych, zaczynając od XVI wieku i narastały w stuleciach XVII i XVIII, kiedy to jak wiemy z historii, obszarnicy zmonopolizowali pędzenie okowity i warzenie piwa, majątki otaczali karczmami, jak fortami i chłopom wyznaczali kontyngenty palącej gorzałki i kwaśnej lury, zwanej przez nich piwem do wypicia na każdym chłopskim weselu, chrzcinach czy pogrzebie. Chłop w owych czasach ni znał innych potrzeb jak tylko najeść się, napić, podczas zimy okręcić się w barani kożuch, a jego rozrywka było przesiadywanie w wolnych chwilach w karczmie i raczenie się pańską okowitą, a w domu płodzenie dzieci, z czego była korzyść dla Pana, Plebana i chwała dla Boga. Ta było wtenczas w całym kraju i tak było w naszym Krzesku. Wie się od rodziców, od dziadków, pradziadków i od starych, dziś już nie żyjących- świeć panie nad ich duszami- sąsiadów. I tak było jeszcze długo po skasowaniu pańszczyzny i nadaniu chłopom własnych gospodarstw. fot.1 Karczma "Na zachaimiu" przy trakcie brzeskim, rys. Czesłąw Zbucki fot2. Czworaki dworskie w Krzesku fot.3 Karczma w Zbuczynie w tle kościół. W naszym tylko Krzesku była jedna karczma przy czworakach, druga pod lasem przy szosie, gdzie była stacja pocztowa, nazywano ją „ Na zachaimiu” trzecia przy szosie koło dworu zawadzkiego. Wszystkie obsadzone Żydami. Poza tym jak się jechało do Siedlec to trzeba było wstępować po drodze, bo koń ustawał, do karczmy „Popas” w Wólce, na „ GoliĽnie” w Plewkach, potem w Zbuczynie a już obowiązkowo na Gołaczach i dodatkowo na „Korytach” pod Ujrzanowem. Oprócz tego Krzesk w wysokim stopniu „korzystał” jeszcze z karczmy” Na sąsiadce w Grochówce”, W każdej z tych karczm o każdej godzinie, każdego dnia (z wyjątkiem soboty , bo to u Żydów „szabat”) można było zastać kilka osób które się raczyły krzeską okowitą szczególnie w niedzielne zimowe popołudnia i wieczory. Zwykle w takie wieczory przygrywała muzyka i odbywały się tańce przy ciągłej pijatyce. Wtenczas pełno tan było wszelakiego ludu. Nie brakło tam poważnych gospodarzy, ani dziadków z babkami ani tym bardziej młodzieży płci obojga. Żadna dzisiejsza świetlica nie cieszy się takim powodzeniem i taka frekwencją jak ówczesne karczmy, A było hucznie i wesoło, śpiewki i dykteryjki, dym, brud i smród, Od czasu do czasu dla urozmaicenia nie tylko pijatyka ale i bijatyka, popisy wsiowych siłaczy i spryciarzy, Na przykład bywali tacy co brali zębami za róg wielki i ciężki stół karczmowy i nosili go po izbie. W karczmie zwykle odbywało się każde wesele. Karczma „Na zachaimiu” stała naprzeciw leśniczówki po południowej stronie przy trakcie Brzeskim. Obok stał duży zajazd dla kupców, furmanów i stodoła. Tu odbywali się wesela, chrzciny, hulanki a dobry Chaim lub Munyś umieli wszystkich obsłużyć. Do tańca przygrywał skrzypek Władysław Byczuk miejscowego „konika… Adolf Mazurczak czytał „Wianek” zaczynając słowami: ach przezacno panno młoda… wpuść konia do stajni niech nie depcze, ja ciebie Jasieńku teraz nie chce… W karczmie było dużo pamiątek z okresu wojny napoleońskiej, napisy na ścianach po armii francuskiej, dłubane, wypalane podobizny Cesarza Napoleona. Tym szlakiem szli Polacy i Francuzi na Moskwę i z powrotem. Wszystkie powstania przeciw Rosji carskiej karczma pamiętała i tu pozostawiono ślady. Na wielkim kamieniu u drzwi wejściowych do karczmy były wyryte po łacinie niezdarne litery „ P. Rz. będzie żyć wiecznie! Kamień odwrócono do ziemi kiedy wzięto na budowę szkoły… Około roku 1900 rząd carski na całym obszarze swego wielkiego imperium posiadał monopol spirytusowy i zaprowadził specjalne państwowe sklepy gdzie sprzedawano tylko wódkę i tylko na „wynos”. Karczmom odebrano prawo handlu tym artykułem a tylko niektórym restauracjom udzielono specjalnych koncesji na sprzedaż do spożycia na miejscu. Od tego czasu karczmy zaczęły tracić swój odwieczny charakter i stopniowo likwidowały się. Do roku 1908 zniknęły wszystkie w okolicy krzeska. Najdłużej trzymała się we dworze. Ostatnim karczmarzem był polak- Klaczyński. U niego zawsze można było nie tylko podjeść ale i popić. Toteż u niego popijali do końca pewien ojciec z dorosłym synem aż przepili całą ojcową gospodarkę liczącą włókę gruntu (16,7 ha). Kiedy ojciec umarł a syn nie miał już co sprzedawać zaczął kraść w lesie drzewo. Krzescy chłopi oprócz własnych działek leśnych mieli kawałek lasu wspólnego, który nazwali „klinem sołtyskim”. Było tego 3 morgi 25 prętów kwadratowych t.j. 1,73 ha. Na połowie tego obszaru była łąka a na drugiej las brzozowy. Pijak ten lasek rąbał, wywoził do Międzyrzeca gdzie drzewo sprzedawał Żydom. I tak wyciąłby wszystko na gorzałkę. Więc Gromada na początku 1906 roku sprzedała co jeszcze było na pniu za 60 rubli. Latem tegoż roku uradzono na gromadzkim zebraniu aby za te pieniądze kupić kamieni, cegły i wybudować we wsi kapliczkę, w której mogłoby się swobodnie pomieścić przynajmniej 15 osób na „zmiankę”, różaniec lub odśpiewanie „nabożeństwa majowego”. W okresie od 1910 do 1940 roku od skasowania wolnej sprzedaży wyrobów spirytusowych aż do II Wojny Światowej nie było dużego pijaństwa. Po skasowaniu karczem i wprowadzeniu monopolu państwowego niewiele było punktów sprzedaży na wsi co stanowiło trudność w zdobywaniu napojów wyskokowych. Podczas I wojny nie było co jeść, a tym bardziej nie było z czego pędzić spirytusu ( t.j. oficjalnie w koncesjonowanych gorzelniach, bo potajemnie rozpowszechniło się bardzo miedzy chłopami pędzenie samogonu czyli bimbru). Zaraz po wojnie powszechna bieda nie pozwalała na szersze popijanie, potem po roku 1928 rozpoczął się wielki kryzys gospodarczy w kraju zainicjowany przez rządy sanacyjne, które przed wyborami każdemu i wszystkim kto się tylko zgłosił, udzielano pożyczek i kredytów, ściąganych wkrótce nadzwyczaj rygorystycznie co w wysokim stopniu spotęgowało, a łatwo otrzymywane pożyczki a w znacznym stopniu zostały przepuszczone w knajpach. Stąd bieda jeszcze większa. Podczas hitlerowskiej okupacji pijaństwo zaczęło się rozszerzać. Niemcy chcąc nakłonić chłopów do chętniejszego oddawania nakładanych na nich kontyngentów zboża, mięsa, mleka i niektórych innych potrzebnych im artykułów produkcji rolnej, dawali im premie w postaci takich papierosów i wódki, której nie pozwalali pić swoim ludziom ze względna jej wielką szkodliwość na zdrowie. Nasi jednak pili do tego picia wciągali się jeszcze bardziej. Szybko zaczął się rozwijać nielegalny przemysł pędzenia „bimbru”, Tak nazwano wtenczas samogon. Władze okupacyjne patrzyły na to przez palce, bo rozpijanie ludności polskiej było im z kilku względów na rękę. Takich bimbrowni w tym czasie mogło być we wsi około dwudziestu. I tak było wszędzie. W tych latach nałogowców namnożyło się kilkadziesiąt osób. A i każdy inny, choć do nałogowców trudno go zaliczyć, szukał okazji a przynajmniej nie unikał jej aby parę kieliszków wychylić Fotografie z okazji różnych uroczystości. Po wypędzeniu Niemców bimbrownie nie prędko zniknęły, a wódki monopolowych też nigdy nie brakowało. Nie było wielu rzeczy, których nigdzie w sklepie nie można było dostać, a wódki ciągle było pod dostatkiem. Nie można było przez szereg lat po wojnie nabyć wiadra do wody , łyżki metalowej, szklanki, miednicy, żelaza, gwoĽdzi, części do narzędzi rolniczych, lekarstw i.t.d. ale wódka była zawsze. Rozpijał się lud, rzemieślnik, robotnik, urzędnik. Za wódkę , za poczęstunek czy to w domu czy to w gospodzie można było załatwić każdą sprawę czy to w Gminnej Spółdzielni czy Prezydium Gromadzkiej Rady, czy w wydziale finansowym przy Radzie Powiatowej. Kto nie chciał czy nie mógł uiścić przypadającej raty podatkowej, szedł z poborcą czy sekwestratorem do gospody albo częściej robił to w domu i w wyniku takiej akcji uzyskiwał zmniejszenie, odroczenie lub zupełne skreślenie ciążącej zaległości. Aleksander Pasiak opisuje przypadek jaki miał miejsce w biurze Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Krzesku 1958 r. „ Przybył z powiatu delegowany urzędnik, aby wysłuchać opinii Komisji Gromadzkiej komu w bieżącym roku przyznać zmniejszenie podatków gruntowych . Obrady Komisji przeciągnęły się do póĽnego wieczora. Była już godzina 22.oo. O tej porze zwykle wszystkie sklepy są pozamykane a sprzedawcy już mogą być w pościeli. Po zakończeniu obrad przedstawiciel powiatu odezwał się, że teraz po tej pracy warto wychylić po jednym. Zwrócono mu uwagę, że o tej porze wódki już nigdzie nie dostanie. A on na to – Dajcie pieniądze, to ja Wam przyniosę. Jest to dowód, jak już był obznajmiony z miejscowymi warunkami, że chociaż jako stały mieszkaniec miasta oddalonego o 30 km od Krzeska, wiedział gdzie się udać po ten artykuł. W 1950 w Krzesku Majątku była „Gospoda Ludowa”, prowadzona przez Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”, Była to nic innego jak dawna karczma z tą różnicą, że dawniej w karczmach lud gromadził się, przygrywali muzykanci na skrzypkach i bębenku, odbywały się tańce. Natomiast w gospodzie tylko popijają, zagryzają a póĽniej czasami jest bijatyka. Koło Gospodyń Wiejskich kilkakrotnie zwracało się do zarządu spółdzielni, do Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni, do Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z prośbą o zamknięcie tej instytucji, która wprowadza wiele zła do rodzin, ale to nie odnosiło skutku. Ktoś miał lepsze wpływy i stosunki. Gospoda prosperowała, potrzebowali ją nie tylko miejscowi ale i przyjezdni. Popijali solidnie chłopi, szczególnie w dniu skupu żywca, załatwianiu różnych spraw i przyjezdni urzędnicy. „Chwała” gospody rosła a plany obrotowe handlu wypełniane były z nadwyżką. Opracowano na podstawie kronik: Aleksandra Pasiaka, Czesława Zbuckiego, Kazimierza Pasiaka, opowiadań i zapisków starszych osób z Krzeska, materiałów własnych informacji z internetu. Fotografie z Krzeska i okolicy. KLIKNIJ- Wódka - królowa Polski i słowiański dopalacz

93. Prace polowe, żniwa w Krzesku i okolicach.
ŻNIWA Żyzna ziemia plon wydała Czas żniwa przychodzi Rolnik z kosą na ramieniu Na pole wychodzi Z nim żniwiarka co podbiera Pokos za żniwiarzem Przemierzają łan pszenicy I zawsze są razem Skoro tylko ranne słońce Spije krople rosy I skowronek z swoją piosnką Wzbije się w niebiosy Przepióreczka skryta w zbożu Gdy kosiarz już blisko Pozostawia swoje gniazdko By zmienić siedlisko Utrudzeni wciąż pracują W skwarze, pocie czoła Babcia obiad im przyniosła Na posiłek woła Garnek kaszy ma w koszyku Twaróg, zsiadłe mleko Obiad będzie gdzieś na miedzy Do domu daleko Jeszcze chwila odpoczynku Gdy obiad skończony By pokrzepić wątłe siły Wrócić na zagony Łan pszenicy już skoszony Powiązane snopy Teraz trzeba je zgromadzić I ustawić w kopy Słońce dzienny bieg już kończy Ku ziemi się skłania To rolniczej obraz pracy Od dziejów zarania Wraca rolnik z swoją żoną Z kosą na ramieniu By odetchnąć w swojej chacie W jej ożywczym cieniu J. Józef- Nasze Kresy(Polska) foto z albumu Starzyńskich, Golbiaków, Pasiaków, Grochowskich i Nasze Kresy(Polska).